A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 23 .    

    Mahoney ceremonialnie dolał czystego alkoholu do półlitrowego kufla piwa. Wręczył kufel Carruthers i odwrócił się do trzech pozostałych osób.

    - Czy ktoś chce jeszcze dolewki?

    Rykor podniosła ogon i oblała Mahoneya małym wodospadem ze swojego zbiornika.

    - Mam taki rozum, który nie potrzebuje więcej podniet, dziękuję - zahuczała.

    Lanzotta pokręcił głową.

    Mahoney podniósł swój kufel.

    - Za przegranego.

    Wypili.

    - Jak to przyjął, kapralu?

    - Nie wiem, panie pułkowniku. Dzieciak jest lekko wystraszony. Chyba myślał, że właśnie wiezie swój tyłek z powrotem do przeróbki na to wysypisko śmieci, z którego przyjechał.

    - Jest tak głupi?

    - Ukrzyżowałem go, panie pułkowniku - powiedział Lanzotta. - Mogę stwierdzić, że w tej chwili nie popełnił żadnej myśli.

    - Bardzo prawdopodobne. Jesteś świetny w powolnym torturowaniu, Lan. - Mahoney przerwał na chwilę. - Rykor, przykro mi, że cię nudzę. Ale muszę to im powiedzieć. Oczywiście wszystko jest tajne, przypominanie o tym to czysta formalność. Ale dopóki rozmawiamy w zamkniętym gronie, możemy dać sobie spokój z wojskowym drylem na jakiś czas.

    Carruthers usiadła sztywno i schowała nos w kuflu.

    - Potrzebuję bardzo szybkiej końcowej oceny. Rykor?

    - Nie mam powodów do zmiany mojej początkowej oceny. Wyniki jego szkolenia, zgodnie z przewidywaniami, zbliżały się do rekordowych. Jego profil nie zmienił się zasadniczo. W żaden sposób Sten nie może stać się dobrym żołnierzem w Gwardii. Jego niezależność, instynktowna niechęć do autorytetów, skłonność do samodzielnych akcji są wyjątkowo wysokie. Dla twoich celów wydaje się idealny. Szczególne osobiste przeżycia, o których dyskutowaliśmy, kiedy rozpoczynał szkolenie, pozostają ukryte tak samo, jak przedtem. Ale dzięki temu, że dowiódł sam sobie powodzenia podczas treningu i przy kontaktach z innymi ludźmi, jego osobowość wydaje się teraz stabilna.

    - Carruthers?

    - Sama nie wiem, jak to określić, sir. Ale to nie jest ktoś, z kim chciałabym pracować. Nie jest tchórzem. Ale też nie ma zbytniej pewności siebie. Na pewno nie w bezpośrednim szturmie.

    - Tylko raz "sir"! Brawo. Kup sobie jeszcze jedno piwo. Dla mnie też.

    Mahoney przesunął swój kufel.

    - Zapewne mógłbym rozwinąć oświadczenie Carruthers powiedział ostrożnie Lanzotta - ale nie ma potrzeby. Naukowy bełkot nie wyjaśni tego lepiej niż ona.

    - No dalej, Lanzotta. Jak rwanie zębów. Wiesz doskonale, o co mi chodzi.

    - Przeniósłbym Stena do Sekcji Modliszki. Przypomina mi niektórych młodych zbójów, których usiłowałem dla ciebie utrzymać pod kontrolą.

    Carruthers obróciła się, wylewając piwo.

    - Pan był w Sekcji Modliszki, sierżancie?

    - Był moim bezpośrednim dowódcą - powiedział Mahoney. - I odszedłem. Carruthers, nie masz o tym żadnego pojęcia. Ale istnieje cholerna różnica pomiędzy szturmem wśród rozgrzanych walką żołnierzy a podcięciem gardła jakiemuś małemu dyktatorowi, gdy leży w łóżku z dziewczyną. Pamiętasz to, pułkowniku?

    - Które?

    Mahoney machnął ręką, a Carruthers podała sierżantowi kufel. Lanzotta popatrzył w bursztynowy płyn, a potem odniósł naczynie.

    - Nie lubiłem tego. Nie byłem w tym dobry.

    - Diabła tam nie. Przeżyłeś. To jedyne kryterium. Lanzotta nic na to nie odpowiedział.

    Mahoney uśmiechnął się i tkliwie pogłaskał Lanzottę po krótko przyciętych włosach.

    - Wciąż jeszcze oddałbym połowę drużyny, gdybyś tylko zechciał wrócić, przyjacielu. - Potem spojrzał na pozostałych. - Ustalenia?

    - Wskazane przeniesienie, Sekcja Psychiatryczna - powiedziała krótko Rykor.

    - Przeniesienie wskazane - zgodziła się ostrożnie Carruthers.

    - Weź go, Mahoney - powiedział Lanzotta. Miał bardzo zmęczony głos. - Dla ciebie będzie doskonałym zabójcą.







    Frazer zszedł z chodnika i pospieszył w kierunku zoo. Denerwował się z powodu spotkania, a kaseta wideo parzył - e mu kieszeń. Kupił bilet do zoo i powoli minął straż przy wejściu, czekając na dłoń na ramieniu.

    Jego urzędniczy zmysł podpowiadał mu, że nie ma się czym niepokoić - dokładnie zatarł ślady za sobą. Frazer był specem od komputera i Imperialnej Biurokracji. W żaden sposób nikt nie mógł dowiedzieć się, dlaczego tu jest.

    Zatrzymał się przy klatce tygrysa szablastozębego. Odsunął się nieco, gdy bestia zaczęła przechadzać się tam i z powrotem. Jak wszystkie istoty w tym zoo, tygrys stanowił część genetycznej historii rodzaju ludzkiego. Gdyby Frater poszedł dalej, mógłby policzyć leniwce, owady z wielkimi skrzydłami i olbrzymie, stałocieplne gady. Z miejsca, w którym stał, wyczuwał smród tych gadów, surowego mięsa i poruszonego bagna...

    Morderca pojawił się obok niego.

    - Masz to?

    Frazer kiwnął głową i wręczył mu kasetę. Oczekiwanie przeciągało się.

    Morderca powiedział:

    - Doskonałe.

    - Wybrałem kogoś, kogo aktami można łatwo manipulować - powiedział Frater. - Musisz tylko wejść w to.

    Zabójca uśmiechnął się.

    - Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Jesteś najlepszy. Masz dryg do komputerów.

    Ktoś wreszcie poznał się na talencie Frazera. Tylko on mógł wejść w zbiór i wyłuskać z niego potrzebne informacje, nie zostawiając po sobie żadnego śladu.

    - A... a pieniądze?

    Morderca wręczył mu kawałek papieru. Frater przyjrzał się temu uważnie.

    - Czy są nieoznaczone?

    - Oczywiście, duma zawodowa i tak dalej. Możesz sprawdzić...

    Frazer był zadowolony. Żałował tylko, że Rykor nigdy nie dowie się, jak bardzo jest sprytny.

    Morderca objął Frazera jednym ramieniem i odeszli trochę od klatek.

    - Zastanawiasz się nad moją lojalnością - zaczął Frazer.

    - Właśnie tak - powiedział zabójca.

    Ramię opadło niżej, obejmując mocniej. Prawa ręka złapała Frazera za policzki, lewa uderzyła w tył głowy. Rozległ się głuchy trzask. Frazer opadł na ziemię. Martwy.

    Nie było nikogo w pobliżu, gdy morderca ciągnął ciało do tyłu, w kierunku klatek. Podniósł, sprężył się i ciało Frazera poleciało w dół.

    Warczenie i odgłosy pożerania zakończyły sprawę.

następny